Z każdej sesji, na której zamiast dzieci trafiają mi się wulkany energii, wychodzę naładowana na długo pozytywną energią i zachwytem nad światem. I już Wam powiem dlaczego:) No bo przecież powinno być odwrotnie. Przecież okiełznać wszędzieskaczące i zawszeminyrobiące dzieciaki to bardzo męcząca praca. No tak. Jeśli tylko chce się to robić:)

A ja mam całkiem inaczej.:) Zamiast stawać na rzęsach, żeby mi się ładnie uśmiechali pozwalam robić miny (moje dzieciaki też tak robią, uwierzcie mi:)) Zamiast ustawiać w ładne pozy sama kładę się na podłodze z aparatem i staram się złapać całą nieskrępowaną ekspresję. Choćby to miały być dzikie skoki na materac i jeszcze bardziej dzikie okrzyki. Dzięki temu podłączam się do “źródła” spontaniczności i zabawy – i to mnie ładuje:)

Na całe szczęscie trafiam również do takich wspaniałych ludzi, którzy zdecydowanie wolą iść “za dzieckiem” i pozwalają im na popisy do granic możliwości.

Ja wiem, że dzieciaki w końcu się zmęczą:) I że na pamiątkę będą mieli zdjęcia pełne ich prawdziwego życia.